Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soc. Pokaż wszystkie posty
24 października, 2021
31 lipca, 2018
24 maja, 2018
27 sierpnia, 2015
19 stycznia, 2012
sesja się zbliża
"Siedzi człowiek po uszy w tych testach i od czytania po raz pięćdziesiąty tej samej odpowiedzi zapomina już, jak się nazywa i czy Ziemia jest okrągła czy naleśnikowata. Do tego jeszcze odszyfrowanie pisma ręcznego studentów. Chryste panie, toż to trzeba nam zafundować jakieś kursy kryptologiczne, grafologiczne czy, excuse le mot, grafopatologiczne. Grzebią jak kury pazurem, gubią połowę literek, więc zanim się uda poukładać kulfon do kulfona i odczytać dane słowo to już dawno człowiek zapomniał jak się zdanie zaczynało, i weź to teraz, człowieku, oceniaj. Albo ustne egzaminy - kolejna gehenna. Cedzą te zdania, nieskładnie, na czuja, wypatrując w oczach egzaminatora jakiegoś potwierdzenia, czy brną w dobrym kierunku, albo jakichś innych gestów tudziez niewerbalnych sygnałów, które by im pomogły złapac kurs w tej nawigacji po ciemnych morzach ignorancji upstrzonych sporadycznymi wysepkami luźnych skojarzeń. (...)" (Tomasz Pindel, "Czy to się nagrywa", s 53)
26 października, 2011
16 maja, 2011
powrót do podmiotowego sprawstwa (Agency)
Agency Versus Structure: A New Twist on an Old Debate na konferencji:
i Margaret Archer:
i Margaret Archer:
11 kwietnia, 2011
04 kwietnia, 2011
25 stycznia, 2011
Raport mniejszości
Po konferencji "Internauci o uchodźcach" polecam artykuły na temat projektu "Raport mniejszości":
Przeprowadzono pilotażowe badanie języka używanego w internecie wobec mniejszości, zwłaszcza uchodźców, żyjących w Polsce. To dopiero pierwszy etap projektu...
PAP
GW Białystok
telewizja Białystok
i sam raportmniejszosci.pl
Przeprowadzono pilotażowe badanie języka używanego w internecie wobec mniejszości, zwłaszcza uchodźców, żyjących w Polsce. To dopiero pierwszy etap projektu...
PAP
GW Białystok
telewizja Białystok
i sam raportmniejszosci.pl
09 listopada, 2010
podmiotowe traktowanie pacjenta
Według międzynarodowych specjalistów od internetu (zasłyszane z konferencji World Internet Project 2010) w dobie rozwoju nowych technologii ludzie mają nieco inne oczekiwania wobec kontaktu z lekarzami - nie potrzebują tylko "recepty", ale chcą rzeczowej i fachowej rozmowy i wiedzy, którą lekarz powinien umieć przystępnie przekazać i przedyskutować z pacjentem. Pacjenci bowiem coraz częściej przygotowują się merytorycznie do kontaktu z lekarzami poprzez m.in zdobywanie informacji w internecie (jest to mniej lub bardziej rzetelna wiedza). Lekarze w Polsce całkowicie odrzucają myśl, że mają rozmawiać z pacjentami na tematy fachowe. Wyśmiewają też korzystanie z internetu jako źródła wiedzy medycznej.
Ostatnio min zdrowia wspomniała, że lekarze mają na studiach uczyć się empatii oraz komunikacji z pacjentami - oczywiście reforma taka jest dopiero w planach. A obecnie mamy do czynienia z rosnąca frustracją ludzi, którzy wybierają się do lekarzy...
Odkąd odwiedzam częściej ośrodek zdrowia, również spotykam się ciągle z lekceważącym stosunkiem lekarek w stosunku do matek, które z troską dopytują o problemy zdrowotne ich pociech i różne medyczne nowinki. Trzeba się mocno uzbroić w cierpliwość, pancerz asertywności i poczucia własnej wartości, aby jakąś wiedzę i komentarze medyczne od lekarzy uzyskać. Niestety do dziś jeszcze nie trafiłam na dobrego pediatrę, z którym można normalnie rozmawiać. A dziś czytam o tym problemie w gazecie.pl...lekarze - już im nie ufam!
Pomijam oczywiście jedną wizytę prywatną u neurolożki, która była niezwykle miła i zaleciła "rytunowe" rehabilitacje na wszelki wypadek - ok, możemy nawet płacić, byle miec kontakt z lekarzem, który z nami rozmawia o zdrowiu naszego dziecka.
(Do tej pory miałam do czynienia z lekarzami tylko za pośrednictwem mojej babci, która sama należy do tzw "służby zdrowia" i jest traktowana w tym gronie w sposób uprzywilejowany - opowiada jednak czasem o żenujących kontaktach z niektórymi profesorami, którzy potrafią krzyczeć na pacjenta albo w ogóle z nim nie rozmawiać, tylko analizować wyniki badań i komentować coś na boku z pielęgniarką/innym lekarzem).
Myślę, że to już najwyższy czas, aby zrobić coś z tą patologią kontaktów interpersonalnych przedstawicieli "służby zdrowia!
Ostatnio min zdrowia wspomniała, że lekarze mają na studiach uczyć się empatii oraz komunikacji z pacjentami - oczywiście reforma taka jest dopiero w planach. A obecnie mamy do czynienia z rosnąca frustracją ludzi, którzy wybierają się do lekarzy...
Odkąd odwiedzam częściej ośrodek zdrowia, również spotykam się ciągle z lekceważącym stosunkiem lekarek w stosunku do matek, które z troską dopytują o problemy zdrowotne ich pociech i różne medyczne nowinki. Trzeba się mocno uzbroić w cierpliwość, pancerz asertywności i poczucia własnej wartości, aby jakąś wiedzę i komentarze medyczne od lekarzy uzyskać. Niestety do dziś jeszcze nie trafiłam na dobrego pediatrę, z którym można normalnie rozmawiać. A dziś czytam o tym problemie w gazecie.pl...lekarze - już im nie ufam!
Pomijam oczywiście jedną wizytę prywatną u neurolożki, która była niezwykle miła i zaleciła "rytunowe" rehabilitacje na wszelki wypadek - ok, możemy nawet płacić, byle miec kontakt z lekarzem, który z nami rozmawia o zdrowiu naszego dziecka.
(Do tej pory miałam do czynienia z lekarzami tylko za pośrednictwem mojej babci, która sama należy do tzw "służby zdrowia" i jest traktowana w tym gronie w sposób uprzywilejowany - opowiada jednak czasem o żenujących kontaktach z niektórymi profesorami, którzy potrafią krzyczeć na pacjenta albo w ogóle z nim nie rozmawiać, tylko analizować wyniki badań i komentować coś na boku z pielęgniarką/innym lekarzem).
Myślę, że to już najwyższy czas, aby zrobić coś z tą patologią kontaktów interpersonalnych przedstawicieli "służby zdrowia!
10 października, 2010
Konsultacje społeczne na ul. Grochowskiej
W tygodniu, wg moich obserwacji, niewiele sie dzieje, za to w niedziele dużo ludzi siedziało i rozmawiało przed punktem konsultacyjnym - ciekawe, co zostanie zrobione z zebranymi pomysłami?
30 września, 2010
trudno powiedzieć
Trudno powiedzieć to ulubiona odpowiedź socjologów - obowiązkowa w każdym kwestionariuszu i nie dająca prawie żadnych informacji (socjolog jednak, jak musi, to coś z tych info też wymyśli/zinterpretuje;)
Trudno powiedzieć to odpowiedź, która mi się nasuwa, kiedy odwiedzam pediatrów i lekarzy -specjalistów dziecięcych. Wszyscy wydają sprzeczne opinie i w gruncie rzeczy muszę sama podejmować decyzje w kwestiach fundamentalnych (chodzi o moje dziecko!).
Na pytanie o tzw "chustowanie", czyli noszenie niemowlęcia w chuście dostałam takie odpowiedzi:
-pediatra1: oczywiście ok;
- neurolog: nigdy w życiu!
- ortopeda: jak najbardziej tak!
-pediatra2: może być, byle nie za długo
-rehabilitantka: nie bardzo
Jaka jest prawidłowa więc odpowiedź?
(jak w tytule)
Trudno powiedzieć to odpowiedź, która mi się nasuwa, kiedy odwiedzam pediatrów i lekarzy -specjalistów dziecięcych. Wszyscy wydają sprzeczne opinie i w gruncie rzeczy muszę sama podejmować decyzje w kwestiach fundamentalnych (chodzi o moje dziecko!).
Na pytanie o tzw "chustowanie", czyli noszenie niemowlęcia w chuście dostałam takie odpowiedzi:
-pediatra1: oczywiście ok;
- neurolog: nigdy w życiu!
- ortopeda: jak najbardziej tak!
-pediatra2: może być, byle nie za długo
-rehabilitantka: nie bardzo
Jaka jest prawidłowa więc odpowiedź?
(jak w tytule)
08 września, 2010
06 września, 2010
nawiązywanie kontaktów (2)
"Nie jest przypadkiem obyczaju językowego, że nawiązywanie kontaktów z otoczeniem, życie towarzyskie, nawet w najbardziej prymitywnej postaci, jeżeli ma mieć sens i trwałość, przywiązuje tak wielką wagę do form, do dobrych form. Bowiem wzajemne warunkowanie się, wzajemne oddziaływanie na siebie jednostek, w wyniku którego zespalają się one w jedność, stanowi formę i jeżeli w odniesieniu do życia towarzyskiego odpadają wszelkie konkretne motywacje zjednoczenia związane z celowością życia, to tym wyraźniej i skuteczniej ujawni się czysta forma, niejako wolny związek oddziałujących na siebie jednostek." (Simmel, Socjologia, PWN 1975, s 56)

"Ujmując rzec w kategoriach socjologicznych, będę tedy traktował towarzyskość jako zabawową formę uspołecznienia pozostającą - mutatis mutandis - w takim stosunku do jego określonej treściowo konkretności, w jakim dzieło sztuki pozostaje do rzeczywistości." (Simmel, Socjologia, PWN 1975, s 57)
"Ujmując rzec w kategoriach socjologicznych, będę tedy traktował towarzyskość jako zabawową formę uspołecznienia pozostającą - mutatis mutandis - w takim stosunku do jego określonej treściowo konkretności, w jakim dzieło sztuki pozostaje do rzeczywistości." (Simmel, Socjologia, PWN 1975, s 57)
04 sierpnia, 2010
06 maja, 2010
04 maja, 2010
Nasze postulaty są bardzo polityczne
Z Mariuszem Kurcem rozmawia Agata Szczerbiak
26.04.2010
Pierwsza część rozmowy z Mariuszem Kurcem, członkiem Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, tuż po zakończeniu serii otwartych debat „O jaki prawny model związków jednopłciowych powinniśmy dziś walczyć w Polsce?”.
Agata Szczerbiak: Skąd się wziął pomysł powołania Grupy Inicjatywnej?
Mariusz Kurc: Mieliśmy poczucie, że nic się w sprawie związków partnerskich w Polsce nie dzieje. Od powstania projektu prof. Marii Szyszkowskiej w 2003 r., który przeszedł szczęśliwie przez Senat, ale potem został zablokowany przez marszałka Cimoszewicza, przez cztery lata, poza jakimiś drobnymi działaniami, sytuacja właściwie nie ulegała zmianie. Jednocześnie pojawiały się coraz to nowe informacje ze świata o tym, że kolejne kraje legalizują związki partnerskie. Sytuacja polityczna zniechęcała do działania. Najpierw dwa lata rządów PiS-u, potem Platforma, niby lepsza, a tak naprawdę wcale nie. I w 2009 r. na warszawskiej Paradzie Równości zupełnie ad hoc skrzyknęła się grupka osób, które niosły transparent: „Żądamy ustawy o związkach partnerskich”. Choć była to inicjatywa wymyślona zaledwie na kilka dni przez paradą, to stała się jej znakiem firmowym. Jakiś czas później doszliśmy w KPH do wniosku, że trzeba zacząć wreszcie aktywnie działać, bo legalizacja związków jest dla nas najważniejszą sprawą, kluczowym postulatem, a niewiele się wokół niego dzieje.
W jaki sposób ustalił się skład grupy – ty, Yga Kostrzewa, Tomek Szypuła i Krystian Legierski?
Pierwsze, co nam przyszło do głowy w czerwcu 2009 r., tuż po paradzie, to rozmowa z drugą warszawską organizacją działającą na rzecz LGBT, czyli Lambdą i Ygą Kostrzewą. Krystian też był zainteresowany, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać w tej sprawie. Poza tym uczestniczył w pracach nad pierwszym projektem, więc był naturalnym kandydatem. No i znaliśmy się wszyscy wcześniej. Na początku była straszna blokada, nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. Bo samo napisanie ustawy dla prawnika znającego się na rzeczy, a Krystian jest nim, nie stanowi wielkiego wysiłku i nie trwa miesiącami. Problemem było zdobycie poparcia i pomyśleliśmy, że zanim zaczniemy działać politycznie, musimy zobaczyć, jaka jest atmosfera w tzw. środowisku. Wielu gejów i lesbijek ukrywa swoją seksualność, nie chce się wypowiadać publicznie. Chcieliśmy się też dowiedzieć, co myślą o takiej ustawie ludzie bez względu na orientację. Stąd pomysł zorganizowania serii debat w największych miastach Polski. Chodziło o to, żeby zobaczyć, kto na te debaty przyjdzie, jakie będzie zainteresowanie, co nam powiedzą uczestnicy. Pomysł wszedł w życie i objechaliśmy w sumie czternaście miast.
Jakie są modele legalnych związków homoseksualnych?
To mogą być małżeństwa homoseksualne, które funkcjonują obecnie w ośmiu krajach na świecie, związki partnerskie, takie jak np. w Niemczech, PACS – unikalne francuskie rozwiązanie, albo konkubinaty, które istnieją w różnej formie, np. państwo uznaje je, jeżeli się udowodni, że prowadziło się z osobą tej samej płci tzw. pożycie. Natomiast w Polsce zakłada się, że związki nieformalne tworzą tylko osoby różnej płci, konkubinaty jednopłciowe praktycznie nie są rozpoznawane przez prawo. Jest nawet orzeczenie Sądu Najwyższego stwierdzające, że pary tej samej płci łączą się wyłącznie w celu przyjemności. Nawet byłoby to zabawne – czyżby osoby różnej płci łączyły się dla wyższych, mniej przyjemnych celów? – gdyby nie miało przykrych konsekwencji.
Jak wyglądały organizowane przez was spotkania?
Naszym celem było z jednej strony przekazanie wiedzy na temat związków jednopłciowych, a z drugiej poznanie opinii ludzi, ich stanowiska w tej sprawie. Przedstawialiśmy te cztery wspomniane modele, które funkcjonują na świecie, i na tym opieraliśmy dyskusję z uczestnikami. Mam wrażenie, że nierzadko przebiegałaby ona inaczej, gdybyśmy zaczynali ją bez prezentacji. Wnioski były często takie, że to małżeństwo jest jedyną formą, której wprowadzenie zapewniłoby prawdziwą równość w traktowaniu par hetero- i homoseksualnych. Jeśli więc o nią walczymy, to bezdyskusyjnie tylko małżeństwa ją zapewnią. Wtedy dopiero, tak jak to widać w Hiszpanii, znika podział, różnica i nie ma dyskryminacji par tej samej płci.
Wiele osób jednak, łącznie ze mną, przekonywało, że to nie jest takie fantastyczne rozwiązanie. Zapewnia równość, ale czy ja bym chciał zawrzeć małżeństwo? Hmmm… Małżeństwo to pakiet praw i obowiązków, który się dostaje wraz z powiedzeniem „tak” i nie można z nim dyskutować. Poza tym ewentualny rozwód, o którym decyduje nie jeden czy drugi małżonek, lecz sąd – straszne. Uważam, że potrzeba nam nowych form, ponieważ instytucja małżeństwa jest przestarzała. Chociaż zgadzam się, że realizuje ona ideę równości.
Druga trudność z małżeństwami jest praktyczna: konstytucjonaliści twierdzą jednoznacznie, że z zapisu mówiącego, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod szczególną ochroną”, wynika, że projekt ustawy o małżeństwach par jednopłciowych nie miałby szans na uchwalenie. A jeśli nawet, to padłby w Trybunale Konstytucyjnym. Jedynym wyjściem jest zmiana konstytucji. Droga do realizacji tego postulatu byłaby więc dużo trudniejsza.
Jakie więc podejście dominuje w środowisku: pragmatyczne poparcie dla związków partnerskich czy raczej małżeństw, jako pełnej realizacji zasady równości osób nieheteroseksualnych z heteroseksualnymi?
Robiliśmy sondaże podczas spotkań i wyszło nam, że najwięcej osób jest jednak za PACS-em.
Jak myślisz – dlaczego?
Może po prostu dlatego, że mieliśmy dużą siłę przekonywania. Krystian uwielbia PACS i jemu ten model odpowiada, a potrafi dobrze uargumentować swoje opinie. Być może też dlatego, że ludzie, którzy przychodzili na nasze spotkania, byli otwarci i rozumieli, że generalnie chodzi nam o równość, ale istnieją przeszkody w realizacji tej zasady w postaci małżeństw. Ja opowiadam się za takim rozwiązaniem, które będzie najłatwiej wprowadzić. Doświadczenie innych krajów pokazuje, że po legalizacji związków jednopłciowych w jakiejkolwiek formie akceptacja dla osób homo- i biseksualnych gwałtownie wzrasta, a poziom homofobii spada.
Podczas dyskusji najpierw zadawałem pytanie: „Jaki model związków najbardziej się wam podoba?”. A potem zamieniałem je na: „O jaki model w obecnych realiach politycznych powinniśmy walczyć?”. Wtedy ludzie przestawiali swoje myślenie z życzeniowego na pragmatyczne: kalkulowali, na co właściwie mamy szansę z prawicą u steru rządów, z dość słabą lewicą, gdzie jest tu pole manewru. Przypominali sobie o Kościele katolickim, który z pewnością byłby przeciw. Zaczynali się zastanawiać, co można zrobić, by rzeczywiście zacząć realizować nasze postulaty.
Czyli ostatecznie przeważał pragmatyzm?
Tak, ludzie myślą pragmatycznie. Z drugiej strony mają przekonanie, że idealne rozwiązanie wcale nie polega na tym, że geje i lesbijki dostosują się do heteroseksualnej większości i wejdą w instytucje dokładnie na takich samych zasadach. Chodzi raczej o opracowanie takiej formuły, która jest na miarę naszych potrzeb. Wydaje mi się, że PACS wychodzi naprzeciw tym potrzebom, nie tylko osób homo- czy biseksualnych. W PACS-ie nikt cię nie pyta, jakiej jesteś orientacji seksualnej. To są po prostu związki dwóch osób, które chcą ze sobą żyć, ale jak żyją, to już ich sprawa. Jeśli uprawiają seks, to fajnie, jeśli nie, to też w porządku. PACS to pakiet praw i obowiązków, których nie musisz bezkrytycznie przyjmować, możesz je sobie dowolnie wybrać. Właśnie tą elastycznością PACS różni się od pozostałych form legalnych związków jednopłciowych. Zaraz za PACS-em ludzie chętnie opowiadali się za związkami partnerskimi. Myślę, że działa tutaj magia nazwy, na zasadzie hasła, skojarzenia. Za małżeństwami była mniejszość.
Czy we wszystkich miastach rozkład poparcia był podobny?
Zdarzało się, że w jednym mieście PACS wygrywał, a związki były na drugim miejscu, w innym z kolei związki wygrywały z PACS-ami, ale małżeństwo nigdy nie było na pierwszym miejscu. Przy czym nie interpretowałbym tego w ten sposób, że ludzie są przeciwko małżeństwom homoseksualnym – nie, ludzie są za, tylko po prostu uczestnicy tych spotkań dostawali od nas jasny przekaz: po pierwsze, trzeba zmienić konstytucję, żeby wprowadzić małżeństwa, a po drugie, w obecnej sytuacji politycznej nie mamy z kim o tym rozmawiać. Musielibyśmy skończyć na debatach. Natomiast w przypadku związków czy PACS-u, bądź jakiegoś ich połączenia, jest z kim rozmawiać – klub Lewicy wyraził swoje poparcie dla wprowadzenia takiego rozwiązania i wolę pracy z nami nad projektem. Mamy jakieś polityczne światełko w tunelu. W przypadku małżeństw istnieje blokada.
Jaki obraz środowiska LGBT w Polsce wyłania się z waszych spotkań? Niektóre opowieści trochę smucą: mówią o braku zainteresowania, niewiedzy, nierealnych oczekiwaniach…
Wszystko to prawda, tylko nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że geje i lesbijki są w jakikolwiek sposób gorsi od reszty społeczeństwa. Uczestnicy naszych spotkań reprezentowali taki poziom zaangażowania i wiedzy na temat własnych praw jak reszta, a właściwie wyższy, bo przecież przyszli i wzięli czynny udział w dyskusji. W Gdańsku pojawiło się około sześćdziesięciu osób, z drugiej strony w Rzeszowie czy Olsztynie – kilkanaście. To niewiele, ale można też zrobić inne porównanie: w Rzeszowie nasze spotkanie było chyba pierwszą debatą o LGBT.
A można powiedzieć, że frekwencja była częściowo wynikiem wcześniejszej działalności organizacji LGBT w danym mieście albo jej braku?
Tak, frekwencja również z tego wynikała. Kolejna kwestią było odpowiednie nagłośnienie spotkania, co zależało głównie od lokalnych działaczy. Wchodząc zaś na inny poziom: kluczem do sprawy jest oczywiście coming out. Jeśli w Gdańsku już od kilku lat działa oddział KPH, to mamy do czynienia z wyoutowanymi lesbijkami i gejami, osobami mającymi doświadczenie w organizacji różnych eventów. Taka debata to kolejne z rzędu wydarzenie, jakie organizują. Jeśli natomiast – tak jak w Rzeszowie – była to pierwsza dyskusja, to ludzie musieli najpierw zmierzyć się z publicznym coming outem, choćby w stosunku do jakiegoś lokalnego dziennikarza. To nie jest łatwe.
A jak oceniasz wiedzę uczestników tych spotkań?
Nie jest specjalnie wielka, ale mnie to nie dziwi. Ludzie nie mają dobrych źródeł informacji. Obserwuję doniesienia medialne: z reguły jest tak, że pojawia się notka prasowa albo informacja w telewizji, że np. w Austrii zalegalizowano związki partnerskie, czyli związki gejów i lesbijek, które istnieją również m.in. we Francji, Niemczech, Anglii. To sprawia, że ludzie ciągle mają poczucie, że regulacje prawne dotyczące związków jednopłciowych funkcjonują tylko w kilku krajach. I potem widzę zdziwienie na twarzach, kiedy mówię, że Polska jako kraj bez takich regulacji jest w UE w mniejszości. Jesteśmy obecnie białą plamą na mapie, wśród krajów tzw. starej Unii, oprócz Włoch, Grecji i Irlandii, która w tym roku zalegalizuje związki partnerskie, te sprawy są już załatwione.
tutaj: druga część rozmowy z Mariuszem Kurcem,
26.04.2010
Pierwsza część rozmowy z Mariuszem Kurcem, członkiem Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, tuż po zakończeniu serii otwartych debat „O jaki prawny model związków jednopłciowych powinniśmy dziś walczyć w Polsce?”.
Agata Szczerbiak: Skąd się wziął pomysł powołania Grupy Inicjatywnej?
Mariusz Kurc: Mieliśmy poczucie, że nic się w sprawie związków partnerskich w Polsce nie dzieje. Od powstania projektu prof. Marii Szyszkowskiej w 2003 r., który przeszedł szczęśliwie przez Senat, ale potem został zablokowany przez marszałka Cimoszewicza, przez cztery lata, poza jakimiś drobnymi działaniami, sytuacja właściwie nie ulegała zmianie. Jednocześnie pojawiały się coraz to nowe informacje ze świata o tym, że kolejne kraje legalizują związki partnerskie. Sytuacja polityczna zniechęcała do działania. Najpierw dwa lata rządów PiS-u, potem Platforma, niby lepsza, a tak naprawdę wcale nie. I w 2009 r. na warszawskiej Paradzie Równości zupełnie ad hoc skrzyknęła się grupka osób, które niosły transparent: „Żądamy ustawy o związkach partnerskich”. Choć była to inicjatywa wymyślona zaledwie na kilka dni przez paradą, to stała się jej znakiem firmowym. Jakiś czas później doszliśmy w KPH do wniosku, że trzeba zacząć wreszcie aktywnie działać, bo legalizacja związków jest dla nas najważniejszą sprawą, kluczowym postulatem, a niewiele się wokół niego dzieje.
W jaki sposób ustalił się skład grupy – ty, Yga Kostrzewa, Tomek Szypuła i Krystian Legierski?
Pierwsze, co nam przyszło do głowy w czerwcu 2009 r., tuż po paradzie, to rozmowa z drugą warszawską organizacją działającą na rzecz LGBT, czyli Lambdą i Ygą Kostrzewą. Krystian też był zainteresowany, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać w tej sprawie. Poza tym uczestniczył w pracach nad pierwszym projektem, więc był naturalnym kandydatem. No i znaliśmy się wszyscy wcześniej. Na początku była straszna blokada, nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. Bo samo napisanie ustawy dla prawnika znającego się na rzeczy, a Krystian jest nim, nie stanowi wielkiego wysiłku i nie trwa miesiącami. Problemem było zdobycie poparcia i pomyśleliśmy, że zanim zaczniemy działać politycznie, musimy zobaczyć, jaka jest atmosfera w tzw. środowisku. Wielu gejów i lesbijek ukrywa swoją seksualność, nie chce się wypowiadać publicznie. Chcieliśmy się też dowiedzieć, co myślą o takiej ustawie ludzie bez względu na orientację. Stąd pomysł zorganizowania serii debat w największych miastach Polski. Chodziło o to, żeby zobaczyć, kto na te debaty przyjdzie, jakie będzie zainteresowanie, co nam powiedzą uczestnicy. Pomysł wszedł w życie i objechaliśmy w sumie czternaście miast.
Jakie są modele legalnych związków homoseksualnych?
To mogą być małżeństwa homoseksualne, które funkcjonują obecnie w ośmiu krajach na świecie, związki partnerskie, takie jak np. w Niemczech, PACS – unikalne francuskie rozwiązanie, albo konkubinaty, które istnieją w różnej formie, np. państwo uznaje je, jeżeli się udowodni, że prowadziło się z osobą tej samej płci tzw. pożycie. Natomiast w Polsce zakłada się, że związki nieformalne tworzą tylko osoby różnej płci, konkubinaty jednopłciowe praktycznie nie są rozpoznawane przez prawo. Jest nawet orzeczenie Sądu Najwyższego stwierdzające, że pary tej samej płci łączą się wyłącznie w celu przyjemności. Nawet byłoby to zabawne – czyżby osoby różnej płci łączyły się dla wyższych, mniej przyjemnych celów? – gdyby nie miało przykrych konsekwencji.
Jak wyglądały organizowane przez was spotkania?
Naszym celem było z jednej strony przekazanie wiedzy na temat związków jednopłciowych, a z drugiej poznanie opinii ludzi, ich stanowiska w tej sprawie. Przedstawialiśmy te cztery wspomniane modele, które funkcjonują na świecie, i na tym opieraliśmy dyskusję z uczestnikami. Mam wrażenie, że nierzadko przebiegałaby ona inaczej, gdybyśmy zaczynali ją bez prezentacji. Wnioski były często takie, że to małżeństwo jest jedyną formą, której wprowadzenie zapewniłoby prawdziwą równość w traktowaniu par hetero- i homoseksualnych. Jeśli więc o nią walczymy, to bezdyskusyjnie tylko małżeństwa ją zapewnią. Wtedy dopiero, tak jak to widać w Hiszpanii, znika podział, różnica i nie ma dyskryminacji par tej samej płci.
Wiele osób jednak, łącznie ze mną, przekonywało, że to nie jest takie fantastyczne rozwiązanie. Zapewnia równość, ale czy ja bym chciał zawrzeć małżeństwo? Hmmm… Małżeństwo to pakiet praw i obowiązków, który się dostaje wraz z powiedzeniem „tak” i nie można z nim dyskutować. Poza tym ewentualny rozwód, o którym decyduje nie jeden czy drugi małżonek, lecz sąd – straszne. Uważam, że potrzeba nam nowych form, ponieważ instytucja małżeństwa jest przestarzała. Chociaż zgadzam się, że realizuje ona ideę równości.
Druga trudność z małżeństwami jest praktyczna: konstytucjonaliści twierdzą jednoznacznie, że z zapisu mówiącego, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod szczególną ochroną”, wynika, że projekt ustawy o małżeństwach par jednopłciowych nie miałby szans na uchwalenie. A jeśli nawet, to padłby w Trybunale Konstytucyjnym. Jedynym wyjściem jest zmiana konstytucji. Droga do realizacji tego postulatu byłaby więc dużo trudniejsza.
Jakie więc podejście dominuje w środowisku: pragmatyczne poparcie dla związków partnerskich czy raczej małżeństw, jako pełnej realizacji zasady równości osób nieheteroseksualnych z heteroseksualnymi?
Robiliśmy sondaże podczas spotkań i wyszło nam, że najwięcej osób jest jednak za PACS-em.
Jak myślisz – dlaczego?
Może po prostu dlatego, że mieliśmy dużą siłę przekonywania. Krystian uwielbia PACS i jemu ten model odpowiada, a potrafi dobrze uargumentować swoje opinie. Być może też dlatego, że ludzie, którzy przychodzili na nasze spotkania, byli otwarci i rozumieli, że generalnie chodzi nam o równość, ale istnieją przeszkody w realizacji tej zasady w postaci małżeństw. Ja opowiadam się za takim rozwiązaniem, które będzie najłatwiej wprowadzić. Doświadczenie innych krajów pokazuje, że po legalizacji związków jednopłciowych w jakiejkolwiek formie akceptacja dla osób homo- i biseksualnych gwałtownie wzrasta, a poziom homofobii spada.
Podczas dyskusji najpierw zadawałem pytanie: „Jaki model związków najbardziej się wam podoba?”. A potem zamieniałem je na: „O jaki model w obecnych realiach politycznych powinniśmy walczyć?”. Wtedy ludzie przestawiali swoje myślenie z życzeniowego na pragmatyczne: kalkulowali, na co właściwie mamy szansę z prawicą u steru rządów, z dość słabą lewicą, gdzie jest tu pole manewru. Przypominali sobie o Kościele katolickim, który z pewnością byłby przeciw. Zaczynali się zastanawiać, co można zrobić, by rzeczywiście zacząć realizować nasze postulaty.
Czyli ostatecznie przeważał pragmatyzm?
Tak, ludzie myślą pragmatycznie. Z drugiej strony mają przekonanie, że idealne rozwiązanie wcale nie polega na tym, że geje i lesbijki dostosują się do heteroseksualnej większości i wejdą w instytucje dokładnie na takich samych zasadach. Chodzi raczej o opracowanie takiej formuły, która jest na miarę naszych potrzeb. Wydaje mi się, że PACS wychodzi naprzeciw tym potrzebom, nie tylko osób homo- czy biseksualnych. W PACS-ie nikt cię nie pyta, jakiej jesteś orientacji seksualnej. To są po prostu związki dwóch osób, które chcą ze sobą żyć, ale jak żyją, to już ich sprawa. Jeśli uprawiają seks, to fajnie, jeśli nie, to też w porządku. PACS to pakiet praw i obowiązków, których nie musisz bezkrytycznie przyjmować, możesz je sobie dowolnie wybrać. Właśnie tą elastycznością PACS różni się od pozostałych form legalnych związków jednopłciowych. Zaraz za PACS-em ludzie chętnie opowiadali się za związkami partnerskimi. Myślę, że działa tutaj magia nazwy, na zasadzie hasła, skojarzenia. Za małżeństwami była mniejszość.
Czy we wszystkich miastach rozkład poparcia był podobny?
Zdarzało się, że w jednym mieście PACS wygrywał, a związki były na drugim miejscu, w innym z kolei związki wygrywały z PACS-ami, ale małżeństwo nigdy nie było na pierwszym miejscu. Przy czym nie interpretowałbym tego w ten sposób, że ludzie są przeciwko małżeństwom homoseksualnym – nie, ludzie są za, tylko po prostu uczestnicy tych spotkań dostawali od nas jasny przekaz: po pierwsze, trzeba zmienić konstytucję, żeby wprowadzić małżeństwa, a po drugie, w obecnej sytuacji politycznej nie mamy z kim o tym rozmawiać. Musielibyśmy skończyć na debatach. Natomiast w przypadku związków czy PACS-u, bądź jakiegoś ich połączenia, jest z kim rozmawiać – klub Lewicy wyraził swoje poparcie dla wprowadzenia takiego rozwiązania i wolę pracy z nami nad projektem. Mamy jakieś polityczne światełko w tunelu. W przypadku małżeństw istnieje blokada.
Jaki obraz środowiska LGBT w Polsce wyłania się z waszych spotkań? Niektóre opowieści trochę smucą: mówią o braku zainteresowania, niewiedzy, nierealnych oczekiwaniach…
Wszystko to prawda, tylko nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że geje i lesbijki są w jakikolwiek sposób gorsi od reszty społeczeństwa. Uczestnicy naszych spotkań reprezentowali taki poziom zaangażowania i wiedzy na temat własnych praw jak reszta, a właściwie wyższy, bo przecież przyszli i wzięli czynny udział w dyskusji. W Gdańsku pojawiło się około sześćdziesięciu osób, z drugiej strony w Rzeszowie czy Olsztynie – kilkanaście. To niewiele, ale można też zrobić inne porównanie: w Rzeszowie nasze spotkanie było chyba pierwszą debatą o LGBT.
A można powiedzieć, że frekwencja była częściowo wynikiem wcześniejszej działalności organizacji LGBT w danym mieście albo jej braku?
Tak, frekwencja również z tego wynikała. Kolejna kwestią było odpowiednie nagłośnienie spotkania, co zależało głównie od lokalnych działaczy. Wchodząc zaś na inny poziom: kluczem do sprawy jest oczywiście coming out. Jeśli w Gdańsku już od kilku lat działa oddział KPH, to mamy do czynienia z wyoutowanymi lesbijkami i gejami, osobami mającymi doświadczenie w organizacji różnych eventów. Taka debata to kolejne z rzędu wydarzenie, jakie organizują. Jeśli natomiast – tak jak w Rzeszowie – była to pierwsza dyskusja, to ludzie musieli najpierw zmierzyć się z publicznym coming outem, choćby w stosunku do jakiegoś lokalnego dziennikarza. To nie jest łatwe.
A jak oceniasz wiedzę uczestników tych spotkań?
Nie jest specjalnie wielka, ale mnie to nie dziwi. Ludzie nie mają dobrych źródeł informacji. Obserwuję doniesienia medialne: z reguły jest tak, że pojawia się notka prasowa albo informacja w telewizji, że np. w Austrii zalegalizowano związki partnerskie, czyli związki gejów i lesbijek, które istnieją również m.in. we Francji, Niemczech, Anglii. To sprawia, że ludzie ciągle mają poczucie, że regulacje prawne dotyczące związków jednopłciowych funkcjonują tylko w kilku krajach. I potem widzę zdziwienie na twarzach, kiedy mówię, że Polska jako kraj bez takich regulacji jest w UE w mniejszości. Jesteśmy obecnie białą plamą na mapie, wśród krajów tzw. starej Unii, oprócz Włoch, Grecji i Irlandii, która w tym roku zalegalizuje związki partnerskie, te sprawy są już załatwione.
tutaj: druga część rozmowy z Mariuszem Kurcem,
24 listopada, 2009
nowa zabawa
16 września, 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)








